Samotność za granicą

dnia

Przed Tobą pierwsza praca na kontrakcie za granicą? 

Pewnie sprawdziłaś już ceny mieszkań, no chyba że to firma płaci. Jeśli masz dzieci, to pewnie dowiedziałaś się, jakie szkoły i przedszkola są w pobliżu i ile płaci się za edukację. Pewnie masz już milion planów na podróże po regionie.

Ale jeśli to będzie Twoja pierwsza praca na kontrakcie za granicą, to jestem prawie pewna, że nie zrobiłaś jeszcze jednej rzeczy. A ona może okazać się bardzo ważna.

Czy sprawdziłaś, czy jest jakaś Polonia w kraju, do którego się wybierasz? Czy przejrzałaś grupy na Facebooku, te mniej formalne zwłaszcza, i poprosiłaś o dołączenie? Czy próbowałaś zaznajomić się z kimś, kto już jest na miejscu, kto wiedzie podobne życie, jakie Ty będziesz wiodła? 

Jeśli myślisz, że Tobie to wszystko jest niepotrzebne, to trzymam kciuki, żebyś miała rację.

Ja też przed wyjazdem myślałam, że nie po to jadę do Malezji, żeby nawiązywać nowe przyjaźnie z Polakami. Nie po to jadę na drugi koniec świata, żeby rozmawiać o ogórkach kiszonych i kiełbasie. Nie po to, żeby marnować swój cenny czas w Azji na spotkania z tak mało interesującymi, bo tak mało odmiennymi, ludźmi jak moi rodacy, skoro mogę mieć nowe bardziej tropikalne znajomości. Nie po to, żeby siedzieć w weekend w domu przy grach i winie, skoro na wyciągnięcie ręki są wysepki z rajską plażą.

Życie zweryfikowało moje wyobrażenia. Bo to, o czym się zapomina siedząc w Polsce przy kominku i planując swój pobyt na kontrakcie, to fakt, że na miejscu czeka nas praca i normalne życie, a nie roczne czy dwuletnie wakacje.

Pracując na pełen etat albo i ciut więcej nie zawsze ma się siłę i ochotę na weekendowy wypad na wyspę, który wiążę się z nocną podróżą w piątek tam i nocną podróżą w niedzielę spowrotem, prysznicem i wybraniem się do pracy prosto po nocy w autobusie.  Może przez pierwsze dwa, trzy, sześć miesięcy podekscytowanie nowym miejscem jest tak duże, że takie wypady wydają się atrakcyjne. Ale potem zmęczenie zaczyna brać górę. A już zwłaszcza, jeśli podróżuje się z dziećmi.

Nie zawsze bycie otwartym na innych ludzi i nowe kultury wystarczy, żeby nawiązać lokalne znajomości. Zwłaszcza, jeśli to otwarcie na innego okazuje się dużo bardziej pozorne niż się myślało, bo różnica kulturowa jest tak duża, że strach przed innością zaczyna brać górę. Problemem mogą być też kiedyś gdzieś zarysowane granice pomiędzy białym a innym kolorem skóry, które nie dają się przekroczyć o tak, po prostu, bez ogromnego wysiłku, wielkiego zaangażowania i wielkiej świadomości siebie, swoich ograniczeń, swoich uprzedzeń. Mi się nie udało. Nie mam żadnych lokalnych znajomych. To bardzo smutny temat, ale napiszę o nim kiedyś.

Czyli jesteśmy na takim etapie, kiedy nie chce mi się już krótkich, męczących, niedalekich podróży i nie mam żadnych lokalnych znajomych. Przychodzi kolejny weekend, który spędzamy na miejscu. Minęło już ponad pół roku odkąd przeprowadziliśmy się do Malezji. I mi się chce już tylko płakać. Płakać za zimą, za mamą, za zapachem grilla, za chodnikiem, który nie kończy się po stu metrach na autostradzie, za „dzień dobry“, za kinem, za zaproszeniem znajomych na gry, za białym tłumem na ulicy, w który mogę się wmieszać i gdzie nikt nie będzie zwracał na mnie uwagi. 

Mój smutek trwał kilka miesięcy. Nie płakałam dzień w dzień, ale znam takich, co płakali. Nie mogę powiedzieć, żebym przez kilka miesięcy ciągle była nieszczęśliwa, żebym się w ogóle nie uśmiechała albo żeby nic mnie nie cieszyło. Nie było tak. Ale nawet jeśli wszystko było dobrze, wystarczył jakiś zapach, który przywiódł jedno wspomnienie, a za nim od razu pojawiło się kolejne… Na początku potrafiłam się jeszcze opanować, robiło mi się wtedy smutno i już. Ale później potrafiłam rozpłakać się w windzie, na ulicy, w sklepie. Po prostu w tym momencie, kiedy w mojej głowie w jakiejkolwiek postaci pojawiła się rodzina, znajomi, Nałęczów.

Na to wszystko pomagało mi tylko jedno – przebywanie z innymi ludźmi. Z ludźmi, z którymi mogę porozmawiać, a najlepiej jeszcze, żebyśmy się choć trochę bardziej rozumieli. Niestety nie było już u mnie w bloku Sato, która próbowała się ze mną zaprzyjaźnić wtedy, kiedy ja jeszcze nie potrzebowałam towarzysta. Ona potrzebowała go bardzo, tak bardzo, że zdecydowała się na rozłąkę z mężem i powrót wraz z dzieckiem do rodziny w Japonii. Zrozumiałam ten ruch dopiero kilka miesięcy po jej wyprowadzce.

Nie mogłam znaleźć sobie nikogo z kim mogłabym porozmawiać. Moje wiadomości do ludzi na Facebooku spotykały się z odpowiedzią: akurat w najbliższy weekend jestem zajęta, ale tak, chętnie spotkam się kiedy indziej. Ale to kiedy indziej nigdy nie następowało, a ja nie chciałam zachowywać się jak desperatka i ponawiać zaproszenia co tydzień.

Aż w końcu coś się udało. Jakieś spotkanie wyszło, poznałam kilka osób, potem wymieniłam się numerami i nawet spotkałam się ponownie. Po takim spotkaniu było lepiej dzień, dwa. Mimo że potem wszystko wracało do normy i dalej byłam smutna, to te dwa dni radości przypominały mi, że może być inaczej, że kiedyś było inaczej i że na pewno kiedyś jeszcze będzie inaczej. I to jest właśnie ważne, te spotkania były zbyt rzadkie, żeby uleczyły mnie z mojej pogłębionej tęsknoty. Ale dawały mi nadzieję. Może nie wyciągnęły mnie z mojego dołka bezpośrednio, ale pośrednio pozwoliły mi stanąć na nogi.

A było to tak: postanowiłam polecieć do Polski. W Polsce było super. Wróciłam do Malezji naładowana pozytywną energią, nawet z radością i cieszyłam się swoim życiem przez jakiś tydzień. A potem wszystko wróciło ze zdwojoną siłą. Płakałam, płakałam, płakałam. Kuba się rozchorował, nie chodził do żłobka, a ja znowu siedziałam tydzień non-stop sama, z małym dzieckiem, które nie potrafi jeszcze ze mną porozmawiać. Kładłam go na drzemkę, kładłam się koło niego i płakałam. W piątek napisałam do Piotrka, że zmieniam zdanie, żeby anulował nasze przedłużenie pobytu, bo nie wytrzymam tu ani dnia dłużej. W sobotę zostawiłam go z Piotrkiem i poszłam na śniadanie z jakimiś czterema Polkami, których jeszcze nie znalałam. Na tym śniadaniu każda z nas opowiadała krótko swoją malezyjską przygodę. Ja przyznałam, że przeżywam chyba najtrudniejszy czas. I wtedy jedna z nich powiedziała, że u niej taki stan trwał ponad dwa lata. Że przez kilka miesięcy płakała dzień w dzień…

Mi to wystarczyło. Poczułam się, jakby ktoś zdjął ze mnie jakiś ogromny ciężar. Zrozumiałam, że to, co czuję, jest normalne. Że nie jestem dziwna, że to nie jest moja wina. Że to musi minąć. I u mnie minęło właśnie wtedy. Oczywiście nie z dnia na dzień, ale każdego kolejnego dnia było już tylko lepiej. 

I tak jest do tej pory. Nie płaczę, cieszę się, że tu jestem, lubię to miejsce. Staram się spotykać z ludźmi, wyskoczyć chociażby na kawę, mimo że muszę na nią jechać 25 km. Ale ja już wiem, że warto.

Warto budować nowe znajomości nawet jeśli myślisz, że za trzy miesiące wracasz do rodzinnego kraju. A co jeśli ogłoszą pandemię, odwołają loty i zostaniecie nie trzy miesiące, a cały rok dłużej?

Warto przejechać się drogą taksówką do centrum na super drogiego drinka i pośmiać przez godzinę. A co jeśli zostaniesz w domu i będzie ci tak strasznie okropnie smutno? Pieniądze w portfelu raczej Cię nie pocieszą.

Warto poznawać Polaków za granicą, bo oni często są super ciekawymi ludźmi. Nie dlatego, że mieszkają za granicą, tylko tak po prostu (dokładnie tak jak ja i Piotrek, super ciekawi ludzie).

Warto robić cokolwiek, co odgoni ten podły nastrój samotności na obczyźnie. Bo on jest naprawdę podły, nie polecam go nikomu.

Pocieszeniem niech będzie, że nie jest to uniwersalne doświadczenie, Piotrka nic takiego nie spotkało. Ale ja to przeżyłam i przeżyło to dużo innych osób, które poznałam. To się zdarza, to jest normalne. To minie.

A potem będzie fajnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s