Labuan – przedsionek Borneo na wyciągnęcie ręki

dnia

Borneo z małym dzieckiem to już dla mnie za dużo. Dzika dżungla, dzikie zwierzęta, pnącza, liany, niebezpieczeństwo, nieodpowiedzialność, nie.

Tak myślałam, ale chyba zmieniłam zdanie. Nadal nie widzieliśmy prawdziwej dżungli, jednak powoli się do niej zbliżamy…

Labuan to wyspa leżąca bardzo blisko północno-zachodniego wybrzeża Borneo. Jest na tyle duża, że powierzchni wystarcza i na miasto, i na tereny wiejskie, a jednocześnie na tyle mała, że można ją zwiedzić w jeden dzień samochodem. Jest po prostu idealną destynacją na przedłużony weekend.

obrazek JPEG-9017148EF281-1

W Internecie można znaleźć wiele stron, które w kilku punktach podpowiedzą, jakie są najważniejsze miejsca do zobaczenia na Labuan. Przejrzałam je przed wylotem, ale na miejscu i tak zrobiliśmy wszystko po swojemu, czyli trochę spontanicznie, trochę na luzie i zdecydowanie bez odhaczania must see/must do.

obrazek JPEG-DA6589721EEA-1

Jedną z atrakcji, która najbardziej przypadła mi do gustu, była wioska na wodzie. Spacerowaliśmy pośród domów na palach dwa razy, raz wieczorem, gdy było ciemno, raz w środku dnia (gdy było niemiłosiernie gorąco). Obydwie pory ukazały nam ten sam obraz – bardziej lub mniej zadbanych domów, kolorowych, często z dużą ilością roślin w doniczkach przed wejściem. Domy nie urzekały, ale też nie odstraszały. Często przez otwarte drzwi lub okna widać było wnętrze, jeszcze bardziej kolorowe niż elewacja, pełne błyszczących i złotych ornamentów. Nie byłam jeszcze w takim domu. Bardzo bym chciała, bo moja wyobraźnia aż szaleje od tworzenia obrazów pokazujących, jak też oni tam żyją.

obrazek JPEG-613DFCE714EE-1

Największym problemem tej wioski na wodzie (dla nas, spacerujących i podziwiających) był… brak wody. Większość pali, na których opierały się domy, wcale nie była obmywana przez spokojnie uderzające fale. Większość grzęzła w strasznie wyglądającym błocie. Prawdopodobnie gdy kończy się pora sucha, sytuacja się zmienia, ale teraz nie wyglądało to dobrze. Dzięki temu, że nie było wody, mogliśmy jednak zobaczyć kolejnego dużego warana, jak przechadzał się po swoim błotnistym królestwie. Na szczęście on był na dole, a my na górze, inaczej nie cieszyłabym się z tego spotkania tak bardzo.

obrazek JPEG-3CFCFAF56845-1

W samym mieście Labuan jest charakterystyczny meczet o futurystycznym wyglądzie. Niestety nie zrobilismy mu zdjęcia z zewnątrz, ale wygląda trochę jak rakieta kosmiczna (chociaż nigdy żadnej nie widziałam). To pierwszy dwupiętrowy meczet, w którym byliśmy. Sala, w której odbywają się modły znajduje się na piętrze, dookoła ma taras z ładnym widokiem na miasto. To jeden z przyjemniejszych meczetów, w jakich byliśmy. Być może opuściłam go z takim wrażeniem również dlatego, że dwóch ochroniarzy oraz jedna pani, którzy pomagali nam się odpowiednio ubrać przed wejściem, sporo się uśmiechali, co nieczęsto się zdarza. Zazwyczaj muzułmanie pracujący w meczetach są poważni, co tylko potęguje mój strach (zawsze się boję, że wejdę nieodpowiednio ubrana krok za daleko i będzie to niewybaczalny uczynek).

obrazek JPEG-B9CC0B4EC551-1

Nieporównywalnie swobodniej czuję się zwiedzając chińskie świątynie (właściwie czuję się w nich swobodniej niż oglądając katolickie kościoły i katedry). Na wyspie warte zobaczenia są dwie – jedna w mieście, mała, ale bardzo urokliwa. Druga za miastem, bardzo duża, bardzo pogato zdobiona, w której można spędzić dłuższą chwilę oglądając wnętrze.

obrazek JPEG-0CD3A76B5BAD-1

Wzdłuż całego zachodniego wybrzeża wyspy ciągną się plaże. Oprócz wodorostów, które woda wyrzuca na brzeg, plaże są stosunkowo czyste. Woda nie jest przejrzysta, ale też nie odstrasza. Wzdłuż plaż z kolei ciągnie się pas zieleni, czasem tylko z drzewami bądź palmami, czasem zamieniony na park z placami zabaw i miejscami do siedzenia. Jadąc drogą przy wybrzeżu widzieliśmy w kilku miejscach rodziny, które przyjechały biwakować w cieniu. Rodzinne spędzanie wolnego czasu na świeżym powietrzu musi być częstą praktyką w Malezji, ponieważ to nie jest pierwszy raz, kiedy natknęliśmy się na takie zjawisko. Często są to duże grupy ludzi z dużą ilością dzieci, dużą ilością jedzenia i picia oraz namiotem, który zapewne ma ich chronić przed upałem i służyć jako miejsce na drzemkę dla dzieci. Muszę przyznać, że bardzo podoba mi się taki pomysł na rodzinną niedzielę!

obrazek JPEG-625CFB847F1D-1

Hotel, w którym się zatrzymaliśmy, również był bezpośrednio przy plaży. Plaża była szeroka, zadbana, z miękkim, drobnym piaskiem. Niestety piasek nie był biały, w związku z czym, mimo przejrzystej wody, całość nie wyglądała urokliwie. Żeby zachwycić się otoczeniem hotelu, trzeba było podnieść trochę wzrok (lub patrzeć z naszego balkonu). Widok na gęstą, dziką przyrodę, z wystającymi gdzieniegdzie palmami, na tle całkowicie różowego nieba o wschodzie i zachodzie słońca był cudowny! To właśnie od sprawił, że zaczęłam zastanawiać się nad wyprawą w okolice dżungli…

obrazek JPEG-0BF66C4A0393-1

Informacje praktyczne:

  1. Jak się dostać:

Z KL na Labuan są bezpośrednie loty o bardzo dogodnych godzinach – lot tam w godzinach wczesnoporannych, lot z powrotem późnym wieczorem. Dzięki temu na Labuan można wyskoczyć na weekend.

  1. Gdzie spać:

My zatrzymaliśmy się w Palm Beach Resort & SPA. Opinie na booking.com trochę odstraszały, ale okazało się, że część z nich musi być nieaktualna. Hotel jest stary, to widać, jednak pokój był zadbany, przestronny, czysty, codziennie sprzątany. Niestety tylko opinie dotyczące jedzenia były prawdą, jedzenie było słabe (tylko pizza była akceptowalna) i trzeba było na nie bardzo, bardzo długo czekać.

  1. Jak się poruszać po wyspie:

Najwygodniejszą opcją jest wynajęcie samochodu, ceny zaczynają się od 50-60 MYR za dzień. Wypożyczalnie znajdują się na lotnisku oraz w porcie.

  1. Gdzie zjeść:

Od miejscowych wiemy, że najlepszych owoców morza można skosztować w restauracji Mawilla. Niestety my trafiliśmy tam w porze pomiędzy lunchem a kolacją, kiedy owoce morza nie były dostępne. Zjedliśmy jednak klasycznie ryż/makaron, bo restauracja jest położona w bardzo przyjemnym miejscu i szkoda nam było ją opuszczać. Skosztujcie bardziej wykwintnych dań za nas i dajcie znać, czy dużo straciliśmy:)

  1. Najważniejsze pytanie – czy warto:

I tak, i nie. Wyskoczyć na chwilę z Kuala – warto. Spędzić tam jedyny, długo wyczekiwany urlop – zdecydowanie nie.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s