Żarcie, syf i zmęczony syn, czyli kulinarna podróż do George Town

dnia

To miejsce ma swój klimat. Jest idealne na chill out – w dzień drzemka, bo za gorąco, w nocy bary, knajpy i oczywiście jedzenie na ulicy. Nawet piwo da się tutaj znaleźć w przyzwoitych cenach. My jednak byliśmy zmuszeni spędzić czas w trochę bardziej typowy sposób, chociaż największy żar również przespaliśmy w hotelu.

Są trzy sposoby, żeby zobaczyć to miasto: można zwiedzać tradycyjnie, tu willa, tam świątynia, jeszcze gdzieś indziej meczet, można podążać śladem licznych dzieł sztuki ulicznej, których jest tyle, że w zasadzie ciężko na nie nie trafiać przypadkiem lub można skakać od knajpy do knajpy, od straganu do straganu i próbować lokalnych specjałów. Zgadniecie, którą opcję wybraliśmy?

Penang, w którym leży George Town, słynie z dobrego jedzenia, w tym z wielu potraw, których nie znajdziemy gdzie indziej. No, może się trochę zapędziłam, toruńskie pierniki, poznańskie rogale czy krakowskie obwarzanki są do kupienia w każdej galerii handlowej w Warszawie, tutaj zapewne jest podobnie (mała dygresja: kazimierskich kogutów nie ma w Warszawie, czyli jeszcze opłaca się wyjeżdżać ze stolicy!). Wiadomo jednak, że takie jedzenie najlepiej smakuje w miejscu, które z niego słynie (trochę tak, jak z aperolem, za którego na nartach mogę dużo poświęcić, ale podczas warszawskiego lata nawet na niego nie spojrzę). Oto, czego próbowaliśmy w George Town:

  1. Apos – naleśniki smażone na patelenkach ustawionych na węgielkach (oczywiście na ulicznym straganie), złożone, w środku z jajkiem i masłem orzechowym, na słodko-słono. Tego pana spotkaliśmy po drodze idąc na śniadanie i to było jedno ze smaczniejszych spotkań.
  2. Na śniadanie wybraliśmy zachwalane wszędzie miejsce (rzeczywiście, na stolik czeka długa kolejka i bezkolejka również – najpierw stoisz w kolejce, ale jak już jesteś wystarczająco blisko, to po prostu polujesz na stolik, który widzisz, że się zaraz zwolni). Szczerze, nie wiem, o co tyle szumu – śniadanie bardzo dobre, ale nic nadzwyczajnego. Ja jadłam kaya toast z masłem orzechowym (kaya to dżem kokosowy, który nie smakuje kokosem; jest bardzo słodki) a Piotrek jajka na toście (wyglądały pysznie, ale nie chciałam mu zjadać). Jajka były gotowane w koszulkach, można było je również zamówić oddzielnie, wtedy podawane były w filiżance. Do tego kawa, w której ja moczyłam swojego tosta, bo tak robiła pani, którą podsiedliśmy. Kuba – chrupek ryżowy.
  3. Podczas zwiedzania miasta udało nam się znaleźć polecane w przewodniku miejsce, w którym od wielu lat pewien chińczyk piecze kokosowe babeczki. Babeczki zakupiliśmy, ja zjadłam ze smakiem, Piotrek zrobił mi zdjęcie, ale nie wyszłam korzystnie, więc jeszcze nie wiem, jak Wam je pokażę (jak to czytacie, to już zapewne coś wymyśliłam).
  4. Klasyczną przekąską (może to powinno być spożywane jako danie?) jest popiah. Jest to delikatny, cieniutki naleśnik, w którym zawinięte są warzywa, tofu i makaron z sosem. Nie, nie jest to spring roll, naleśnik nie jest ryżowy i jest smażony przed zawinięciem. Przepyszne! Piotrek też się rozsmakował, mimo że nie lubi tofu.
  5. Dim Sum, pierożki na parze, absolutnie nie są regionalną specjalnością, ale zatrzymaliśmy się w dosyć dużej, obleganej, restauracji, bym mogła spóbować kilku wariantów. Obsługa wygląda w ten sposób, że siedzi się przy jednym ze stolików, pomiędzy którymi jeździ pan z wózkiem, na którym ułożone są miseczki z parującymi pierożkami. Wybiera się dowolne z nich, co jest zaznaczane na kartce pokazanej na zdjęciu, z którą na koniec podchodzi się do kasy. Jeśli chodzi o smakowitość – zdecydowanie lepsze jedliśmy w naszym mallu w KL.
  6. Na obiadokolację wybraliśmy miejsce, w którym wieczorami wszyscy rozstawiają stoiska z własną kuchnią i sprzedają przeróżne smakołyki (albo i nie smakołyki). Ja jadłam tutejsze must try – zupę Curry Mee, a Piotrek niestety nie był w stanie powiedzieć, co zamawiał. Grunt, że smakowało!
  7. Do obiadu piliśmy świeżo wyciskane soki. Od pani, która znajduje się na zdjęciu. Pani zupełnie nie przejmowała się, jeśli niektóre owoce wyciskała ze skórką lub z naklejkami (jabłka, więc jabłkowego nie kupowaliśmy). Wypiliśmy tych soków chyba z sześć, bardzo nam smakowały, mimo że widzieliśmy, jak były przyrządzane.
  8. Po obiadokolacji wybraliśmy się na kolejny spacer i po drodze udało mi się zasmakować polecanych placków, podobno ostatnich takich w George Town. No cóż, placek jak placek, ale ja lubię placki, więc nie narzekam (stety/niestety nie mam zdjęcia).
  9. Przed spaniem upolowałam jeszcze numer jeden jeśli chodzi o polecane dania – Char Koay Teow. Makaron z dodatkami, bardzo dobry, ale mam wrażenie, że podobne smaki można znaleźć w warszawskich chińczykach. A może mi się tylko tak wydaje? Będę musiała sprawdzić po powrocie (ciekawe, czy będę miała ochotę wybrać się na chińczyka). Temu daniu również nie zrobiłam zdjęcia, ale ciekawscy mogą wpisać sobie w google i na pewno znajdą mnóstwo zdjęć (zapewne przedstawiających ładniejsze dania niż te, które dostaje się na plastikowych lub papierowych talerzach).
  10. Następnego dnia ominęliśmy śniadanie i zaczęliśmy od słynnej potrawy rodem z… USA (chyba). W food courcie znajdującym się obok naszego hotelu znaleźliśmy uwielbianego przez nas pulled porka. Wszamaliśmy obydwoje po porcji, stwierdziliśmy, że nasz domowy lepszy, ale ten był naprawdę warty zjedzenia. To było pierwsze takie dobre zachodnie danie od przylotu do Malezji.
  11. Na hipsterskim targu skosztowałam lokalnej słodkości, która w ogóle mi nie smakowała. To coś na kształt galaretki, ale naturalne (?), wegańskie, wegetariańskie, hipsterskie i kolorowe. Pan mi tłumaczył, z czego się składa, ale oprócz ryżu były to lokalne rośliny, więc nie pamiętam. Niebieska wartswa, to właśnie ryż. Niemniej, ciekawe doświadczenie.
  12. Obiad zafundowaliśmy sobie… ze straganu, tak dla odmiany. Piotrek jadł zupę, którą kupuje się tak, że wybiera się do miseczki dodatki, które chciałoby się znaleźć w zupie. Daje się tą miseczkę sprzedawcy, on gotuje warzywa/mięsa/jajka/grzyby/to, co się wybrało w tej zupie (tylko przez chwilę, żeby nadal były jędrne), następnie zalewa zupą i podaje. Taka forma nam bardzo odpowiada, wszystko jest chrupiące, nie rozgotowane a sama zupa w tym wypadku była mocno doprawiona i ostra. Pycha!Ja skusiłam się na jajecznicę z ostrygami, trochę się jej bałam, bo nigdy nie jadłam ostryg, ale pisali, że trzeba spróbować, więc spróbowałam. I bardzo się cieszę, bo było to coś zupełnie innego i było naprawdę dobre. Podane z ostrym sosem, zapite kokosem, polecam!

     

To by było na tyle. Po weekendzie wróciliśmy okropnie zmęczeni, zapewne przez panujący w mieście upał. Dodatkowo nasz samolot był opóźniony i byliśmy w KL dużo po północy. I jeszcze na koniec Wam powiem, że wszystko było pyszne, ale razem stworzyło wybuchową mieszankę. Okazało się, że jednak mój żołądek ma granice (nawiązuje do wcześniejszego posta) i odchorowałam ten weekend jedząc przez tydzień tylko ryż (nie mają tutaj sucharków ani biszkoptów, niestety). Moja teoria jest taka, że coś mi zaszkodziło, Piotrka, że jak się żre takie ilości, to przychodzi kara. Kto wie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s