Malezyjska wyspa Tioman, czyli podobno żyjemy tu jak w raju

dnia

Doszły mnie słuchy, że na podstawie obserwacji mojego Instagrama można odnieść wrażenie, iż żyjemy sobie tutaj jak w raju. Otóż, żeby spędzić weekend w rajskim miejscu musieliśmy odbyć podróż nocnym autobusem i o 6:30 złapać prom płynący na wyspę. To nie dużo, można się poświęcić.

Autobus, o dziwo, bardzo wygodny – duże, rozkładane fotele, nie, nie nowy i nie czysto, ale to nic. Prom mniej, bo ludzie upchani obok siebie i wstawał już nowy dzień, więc było bardzo gorąco, dodatkowo jeden mały łysy spał u mnie na rękach, a drugi duży łysy spał na siedzeniu obok i cały czas głowa spadała mu na moje ramię, co wcale nie pomagało w takiej temperaturze. Byłam dzielna, wiedziałam, że zaraz położymy się na plaży i będziemy odpoczywać… jasne, z niemowlakiem!

Wyspa Tioman jest spora, tak na moje oko. Jest kilka miejscowości wzdłuż wybrzeża, przy których zatrzymuje się prom. Wybrałam pierwszą z nich, żebyśmy nie musieli długo płynąć. Byłam bardzo zadowolona, że tak to obmyśliłam, tylko że zapomnieliśmy wypłacić gotówki na lądzie, a najbliższy bankomat znajdował się dwie miejscowości dalej… Dodam, że rozsądne połączenie między nimi jest tylko drogą morską. No i teraz tak – jesteśmy tutaj półtora dnia, specjalnie wybrałam pierwszą miejscowość, cieszyliśmy się, że prom wypływa tak rano i będziemy dłużej na wyspie i teraz mamy stracić pół dnia na podróż wodną taksówką po gotówkę? Nie, niemożliwe. Najpierw zasugerowano nam, żebyśmy udali się na spacer do ostatniego ośrodka, może tam będą mogli wypłacić nam pieniądze. Nie mogli, ale spacer był przyjemny, szliśmy ścieżką przez, powiedzmy, przybrzeżną dżunglę. Zajęło nam to godzinę wraz z wypiciem zimnego piwa na miejscu (oczywiście łysy, nie mama karmiąca).

Potem okazało się, że pieniądze można wypłacić w chińskim sklepie przy porcie, więc nasz spacer był bezcelowy. Dlatego to tak ważne, że był przyjemny!

Do rzeczy – to był pierwszy weekend sezonu na wyspie i wtedy zdecydowanie warto tam zajrzeć. Oprócz nas było pewnie kilkunastu turystów, plaże zupełnie puste, żadnego gwaru, tylko cisza i spokój. Jednak widać, że jest to turystyczna wioska (zatrzymaliśmy się w Genting), przypuszczam więc, że w sezonie można spodziewać się tam tłumów Malezyjczyków i Singapurczyków (wyspa leży niedaleko granicy z Singapurem). Część plaży jest również pokryta kamieniami, co tworzy ładny krajobraz, ale utrudnia dostanie się do wody, zwłaszcza w czasie odpływu. Na drugiej części jest tylko piasek i właśnie tam puściliśmy młodego na plażę. Oprócz nas nie było nikogo, więc było cudownie, ale pewnie w sezonie jest to najbardziej oblegane miejsce.

Jedzenie nas niestety nie zachwyciło, jedliśmy ramly burgery (ja zjem wszystko, więc mogłabym do nich wrócić, ale Piotrek powiedział, że nie, że one są po prostu niedobre…), różne roti na słodko i słono (takie pyszne tłuste placki, wszędzie smakują tak samo, więc tutaj też były dobre), smażone ryże (Piotrek kampung – z kurczakiem na ostro, ja pataya seafood – z owocami morza zawinięty w omleta), piliśmy zimną herbatę z mlekiem, co jest chyba najpopularniejszym napojem w Malezji (według moich dotychczasowych obserwacji) i jest bardzo dobre, niestety herbata jest z mlekiem kondensowanym, więc nic zdrowego. Ale co tam. Porównując jedzenie do tego, które serwowali na tajskiej Koh Jum, to… nie ma porównania. Tamto było pyszne, to było bardzo słabe.

Oprócz odpoczynku spotkały nas dwie fajne rzeczy na wyspie – pierwsza to ogromne nietoperze, które zaczynały się budzić do nocnych łowów. Były tak duże i tak bardzo mnie to przerażało, że nalegałam, żebyśmy jak najszybciej odeszli spod drzewa, na którym spały. Ale widok był niesamowity, nie miałam pojęcia, że nietoperze mogą być tak duże. Drugą rzeczą były małpy, które zafundowały nam rano pobudkę – skakały jak szalone po dachu naszego domku (dach wykonany był z blachy) i po tarasie, absolutnie nie dało się nie obudzić. Takie smaczki dżungli. A, i jeszcze chodzące obok domku jaszczurki – takie długie, jak ja jestem wysoka. Czyli jak na jaszczurkę, to całkiem spore. Na szczęście uciekały na nasz widok, więc ja nie musiałam.

Będąc na wyspie myślałam sobie, że to jednak trochę krótko, że dopiero przyjechaliśmy, zaraz będziemy wracać. Ale jak wracaliśmy w niedzielę, to stwierdziłam, że nawet taki krótki pobyt niesamowicie ładuje na kolejny upalny, monotonny tydzień w KL.

Acha, gdyby ktoś, kto to czyta, wybierał się do Malezji – jeśli prom odpływa o 3, ale mówią wam, że macie być najpóźniej na 2 w porcie, to bądźcie. Ja biegłam z walizkami przez całą wioskę, podczas gdy Piotrek dostał misję zatrzymać prom, gdyby się okazało, że to jednak nasz (było chwilę po 2). To był nasz, dobiegłam, zapakowaliśmy się i odpłynęliśmy… Mało brakowało, a nasz wyjazd przedłużyłby się o jeden dzień!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s