Koh Jum

dnia

Na trzydniowy relaks po ciężkiej pracy wybraliśmy sobie Koh Jum – jedną z tajskich wysp należących do prowincji Krabi. Samolot z KL wylatywał przed ósmą rano, na miejscu lądował po niecałej półtorej godziny, domki mieliśmy zarezerwowane 30 km od lotniska, co dla nas oznaczało trzy dni wylegiwania się na plaży. Tylko że… nie dogadaliśmy się z właścicielami bungalowów w sprawie transferu z lotniska, więc wyglądał on tak: autobus z lotniska gdzieś (po prostu nas wysadzili, dziwnym zbiegiem okoliczności przy knajpie serwującej śniadania, więc skorzystaliśmy z okazji i daliśmy im zarobić, skoro tak dobrze sobie to przemyśleli), transfer do portu (po śniadaniu i odpoczynku kelner kazał nam wsiadać do samochodu), prom (fatalna sprawa, płynęliśmy ponad dwie godziny), łódka podpływająca pod prom i zabierająca pasażerów pod konkretne zakwaterowanie na plaży (wsiedliśmy nie na tą…) i w naszym przypadku spacer po plaży do odpowiednich domków (po mnie przyjechał powóz skonstruowany ze skutera, ponieważ nie mogłam iść przez ból pleców – zaliczyłam podróż przez kokosową mini dżunglę w miłym towarzystwie, trzęsło jak cholera).

Na wyspie było tak leniwie, jak zaplanowaliśmy – leżenie, spanie, pływanie, jedzenie w knajpie na miejscu (bardzo smacznie i nieprzywoicie tanio), picie kokosowej wody z młodych owoców (wyczytaliśmy, że woda kokosowa to samo dobro, dlatego nawet maluch jej skosztował), poszukiwanie internetu, wieczorne granie w rzutki, tajski masaż done dirt cheap. 

Muszę przyznać, że otaczający nas ludzie byli bardzo mili. Wszystkie panie pracujące w ośrodku i restauracji były zainteresowane Kubą, brały go na ręce i zajmowały się nim, gdy my chcieliśmy zjeść lub po prostu chwilę odpocząć. Bungalowy, w których spaliśmy, miały dziury w dachu, pod dachem również było tylko kilka bambusowych podpór, więc cała fauna tego świata mogła wejść nam do domku. Mimo że miałam sny na jawie o tym, jak nasze łóżko rusza się dlatego, że trzęsie nim małpa, to jednak żadne zwierzę nie przyszło nas odwiedzić. Spaliśmy pod moskitierą, nic nas nie pogryzło (pogryzło tylko naszego kompana podróży, żeby nie było, że nie ma tam komarów – są).

Woda była ciepła i czysta, ale nie – nie była tak turkusowa jak w katalogach biur podróży. Nie było to jednak dla nas zaskoczeniem, sama podrasowuję to, co wrzucam na instagrama, nie łudzę się więc, że rzeczywistość wygląda jak na zdjęciach. Chociaż świat czasem zaskakuje i myślę, że jeszcze znajdziemy takie plaże i wtedy na pewno się nimi pochwalę.

Jeśli komuś marzy się odpoczynek z dala od przepełnionych turystami miejsc, to polecam Koh Jum. Miejsce idealne, by odciąć się od codziennych trosk. Przy transporcie zorganizowanym przez właściciela bungalowów, opłaca się tu przybyć naawet na trzy dni (wracaliśmy zdecydowanie krócej, samochodem na pace do portu, z portu małą łódką do kolejnego portu, a następnie prywatnym busem z kartką Out Of Service prosto na lotnisko).

Pierwsze spotkanie z Tajlandią za nami. Chyba jest fajna.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s